Wspomnienie o Profesorze Jerzym Baranowskim

Szef, czyli Prof. Baranowski

Moje studiowanie na Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej skończyło się, bez mojej zresztą ugruntowanej świadomości. W dniu 30 września 1966 roku. W dniu następnym, również bezwiednie, stałem się studentem Wydziału Elektroniki, na którym studia rozpocząłem od razu od semestru dyplomowego, czyli obrania tematu i pisania pracy magisterskiej. Podkreślam to żartobliwie – oczywiście zmiana nazwy Wydziału nie miała żadnego znaczenia, była jedynie formalnością. Pracę dyplomową miałem pisać z mojej specjalności – akustyki, pod kierunkiem wykładowcy tego przedmiotu Ignacego Maleckiego, jeszcze przedwojennego profesora Politechniki, przyjaciela i rówieśnika znanego wszystkim Polakom profesora Janusza Groszkowskiego. Tego właśnie, który jeszcze w czasie wojny rozszyfrowywał elektronikę hitlerowskich rakiet V2.
Wtedy właśnie, na początku semestru dyplomowego, zaprosił mnie na rozmowę towarzyską jeden z asystentów Katedry Układów Elektronicznych prowadzących zajęcia na naszym roku, dr Jerzy Baranowski. Kilka miesięcy wcześniej obronił on swój doktorat i otrzymał zadanie zbudowania zespołu naukowego prowadzącego badania w nowej dziedzinie – technice impulsowej. Wiedział, że miałem wysoką średnią ocen w indeksie, powyżej 4,5. Po krótkiej rozmowie zaproponował mi gruntowną zmianę tematu pracy dyplomowej, ze zmianą dziedziny naukowej z akustyki na impulsowe układy elektroniczne. Od razu zaproponował przyjęcie mnie na staż asystencki w Katedrze Układów Elektronicznych, bezpośrednio po egzaminie dyplomowym. Propozycja była atrakcyjna, dziedzina bardziej nowoczesna niż akustyka, a dr Baranowski zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie. Był młody i konkretny, a przede wszystkim sympatyczny. Tak wiec natychmiast się zgodziłem, na co niechętnie przystał profesor Malecki. Zaakcentował to później zadając mi demonstracyjnie w czasie egzaminu dyplomowego pytanie sprawdzające z zapomnianej już akustyki. – Co to jest czas pogłosu? Nie dałem się jednak zaskoczyć. Pamiętałem jeszcze jego wykłady, ale dość asekuracyjnie odpowiedziałem – to jest czas, po którym poziom dźwięku maleje ileś tam razy… Profesor Malecki z satysfakcją i triumfem, zapytał – Ile? Otworzyła mi się nagle klapka w pamięci i odpowiedziałem: milion. Profesor uśmiechnął się i z ulgą powiedział: DOBRZE!
Po egzaminie dyplomowym od razu pokazano mi nowe miejsce pracy, biurko w jednym z pokojów Katedry Układów Elektronicznych, w pobliżu dr inż. Jerzego Baranowskiego. Był to marzec 1967 roku. Miałem od razu trzech kolegów. Obowiązkowo, na życzenie dr Baranowskiego, mieliśmy zwracać się do siebie po imieniu. Ale zgodnie z prastarą akademicka tradycją do kierownika Zespołu już nie. Więc Zespół, jeszcze przed moim przyjściem, wymyślił nową formę: Szefie. I tak zostało. Po latach byliśmy już wszyscy na Ty. Ale nadal nazywaliśmy szefa Szefem. Zdarzało się później, że koledzy z całego Instytutu Podstaw Elektroniki, obejmującego kilka dawnych katedr, a nawet z całego Wydziału zwracali się do Jerzego Baranowskiego, doktora, potem docenta i profesora, po prostu – Szefie!
Szef był dobrym szefem. Dbał o nas merytorycznie i finansowo. Zapewniał dodatkowe zarobki z tytułu prac zlecanych uczelni przez przemysł. Opracowywaliśmy wtedy synchroskop tzw. stroboskopowy, o niebywałym paśmie – 1 GHz. Podobny, jedyny w Polsce, był opracowywany przez bardzo zdolnego inżyniera Jerzego Rydzewskiego w przemyśle. Ale jego synchroskop był na lampach, a nasz na wchodzących dopiero do elektroniki tranzystorach. Moim zadaniem było opracowanie układu synchronizacji na tę niebotyczną wówczas częstotliwość. I zrobiłem to. Inni zrobili jeszcze więcej i nasz synchroskop powstał. Pierwszy taki tranzystorowy przyrząd pomiarowy w socjalistycznej części świata. Nasz zespół opracował jeszcze wiele prototypowych urządzeń. Byliśmy sobie naprawdę bliscy. Niepozorny i drobny, ale niezwykle inteligentny Andrzej Rusek (Endrju). Duży i nieśmiały, a wielki konstruktor Michał Ramotowski (Ramo). Wreszcie last but not least Stefan Misiaszek, brat łata, zawsze serdeczny i pomocny, biegły inżynier konstruktor, naukowiec i wytrawny żeglarz. I ja, dopiero co student, początkujący stażysta. Nikt nigdy nie się wywyższał, nie wyłączając Szefa. W 1972 roku, gdy zbliżał się wielki finał olimpijski w piłce nożnej Polska–Węgry Szef postanowił kupić sobie dobry kolorowy telewizor. W Polsce takich nie było, ale były w NRD, chyba w Berlinie czy Lipsku. Pojechaliśmy we trójkę: Szef, bo miał pieniądze i rewelacyjny na owe czasy nowy samochód FIAT125. Ramo jako drugi kierowca i silny człowiek (ten telewizor miał być wielki i ciężki) oraz ja (bo znałem niemiecki). Kupiliśmy tego potwora, we trójkę załadowaliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Gdzieś 30 kilometrów przed naszą granicą samochód kilka razy prychnął i stanął. Rozrusznik kręcił, ale silnik nie zapalał. Nie było tam przydrożnych serwisów, ani stacji benzynowych, była to tzw. strefa graniczna. I wtedy Szef okazał się genialny. Zajrzał do silnika, obejrzał cewkę zapłonową. Zdjął przykrywkę przerywacza i dokładnie obejrzał styki. Były podejrzanie luźne. To mogło być to. Rozebraliśmy na miejscu przerywacz i poprawiliśmy nitowanie styków. Z braku młotka użyliśmy dwóch solidnych przydrożnych kamieni jako młotka i kowadła. I samochód ruszył! Dojechaliśmy bez problemów do Warszawy, a nasza naprawa była na lata. Zdążyliśmy też na zespołowe oglądanie kolorowych transmisji meczów Górskiego.

Kursokonferencja na Hutniku. Jak widać Szef szefem nie jest. Szefem był Stefan

Specjalnością naszego Zespołu były wrześniowe, tak zwane kursokonferencje, czyli tygodniowe rejsy po Wielkich Jeziorach Mazurskich dużym i starym, szkoleniowym jachtem AZS Hutnik. Pętaliśmy się po całym rejonie Wielkich Jezior, przy czym taką samą atrakcją jak pływanie wiatrowe było gotowanie biwakowe bardzo wymyślnych i zaawansowanych potraw. Bardzo to gotowanie pasjonowało Szefa. Żeglarstwa dopiero się uczył, uważnie śledząc Kapitana Stefana. Potem żeglował bez trudu już sam, swoimi łódkami.
Mimo bliskości, o naszym Szefie, a ściślej o jego życiu, wiedzieliśmy niewiele. Nigdy o sobie nie mówił. Nam to nie przeszkadzało.

Metryka Szefa. On sam jako młodzieniec z dodaną mu dla powagi  teczką ojca. Już w warszawskim Liceum Telekomunikacyjnym

Dopiero po latach opowiadał czasem o sobie. Urodził się na kresach, w dzisiejszej Białorusi. Wraz z rodziną repatriował się do Polski. Ruszyli ze słynnych Stołpców. Po osiedleniu się w Zaklikowie, miasteczku na skraju Kielecczyzny i Lubelszczyzny, dziś w podkarpackim, ukończył gimnazjum. Tu nasze historie, ale nie drogi, bez naszej wiedzy się spotkały, bo z Zaklikowa pochodziła moja babcia… Liceum Telekomunikacyjne przy ul. Nowogrodzkiej, a potem naszą Politechnikę, Jerzy Baranowski kończył już w Warszawie, pomieszkując przez wiele pierwszych lat w dramatycznych warunkach, gdzie tylko się dało. Ale wreszcie, dzięki zdeterminowaniu, zdolnościom i pracy osiągnął na Politechnice wszystko. Obecnie jest cenionym emerytowanym profesorem zwyczajnym naszej Alma Mater.

Szef, jako surowy kierownik naszego Zespołu Naukowego. Obrona mojego doktoratu. Od prawej prof. Adam Smoliński i koledzy: Antoni Kuba Fijałkowski, Witold Wierzejski, Wojtek Zaworski, Leonid Bułhak, Ryszard Jachowicz. Po prawej jeden z naszych „grupowych” ślubów, tu Roberta Pietrkiewicza. Od prawej: Szef, Stefan Misiaszek, ja, Janina Ceremuga, Pan Młody, Michał Ramotowski, Panna Młoda, Grzegorz Czajkowski.

Mój etat tzw. naukowo-dydaktyczny był czasowo limitowany. W ciągu pierwszych ośmiu lat trzeba było obronić doktorat, a ciągu następnych ośmiu – habilitację. Szczerze mówiąc pogrążenie się w całości pracy naukowej mało mnie interesowało, bo w moja koronna tematyka układów elektronicznych nagle przerodziła się w problematykę projektowania lub modelowania układów scalonych. Sam interesowałem się bardziej techniką cyfrową i systemami pomiarowymi, wówczas już sterowanymi komputerowo. Dostałem także od Szefa propozycję „nie do odrzucenia” przeprowadzenia gruntownej modernizacji dydaktycznego Laboratorium Układów Elektronicznych, w którym zajęcia prowadzono dla wszystkich studentów Wydziału, już Elektroniki. W ciągu dwóch lat, wspólnie z podobnie „skazanym” kolegą Andrzejem Obłójem i w merytorycznej współpracy z wieloma kolegami  zrobiliśmy to. Co więcej, opracowane przez nas i produkowane na Politechnice stanowiska laboratoryjne stały się wkrótce przedmiotem eksportu. Dewizowego eksportu, co miało wówczas, na początku lat 80-tych ubiegłego wieku znaczenie istotne, bo posiadanie własnych środków dewizowych umożliwiało zakupy nowoczesnej aparatury. Kupiliśmy wtedy do naszego Laboratorium dwie sztuki programowanych komputerków biurkowych HP-85, które powstały równocześnie z PC-tami IBM. Miały one posłużyć do automatyzacji naszych stanowisk pomiarowych.

Pierwszy komputer w Laboratorium Układów – HP85. Pierwsze książki szefa w dziedzinie balistyki

Tyle, że najpierw trzeba trzeba było nauczyć się je obsługiwać i programować. Jednym z pierwszych użytkowników tych pierwszych małych komputerów był nasz Szef, który godzinami na nich pracował. Po miesiącu swobodnie go już programował, pracując wtedy nad teoretycznymi podstawami balistyki. Bo Szef imponująco szybko rozwija się wszerz, nie tylko w specjalizacji zawodowej, ale w zupełnie nowych obszarach wiedzy. Jest tej wiedzy głodny. Co widzi, musi rozumieć.
Na Politechnice wypromował wielu magistrów, a potem doktorów (w tym mnie). Po naszych wspólnych rejsach na Hutniku ukończył potrzebne szkolenia żeglarskie i zbudował kilka jachtów, na których z zapamiętaniem pływał. Balistyką i bronią myśliwską zainteresował się na pierwszym polowaniu. Wtedy przyszło mu do głowy pytanie, na które sam musiał sobie odpowiedzieć – kiedy wystrzelony pionowo w górę pocisk spadnie na ziemię? Siedział w tym temacie kilka lat i napisał kilka książek. Aby je wydać, odwiedził nasze wydawnictwo i siedział dotąd, aż dowiedział, jak się opracowuje, przygotowuje i kieruje do druku książki. Zrobił to sam. W końcu „zjadł” też internet. Buszuje w nim mimo 90-tki i zdążył już opisać całe swoje dotychczasowe dzieje. To dobra literatura. Trzymaj tak dalej!
———————
W dniu 4 listopada 2021 roku otrzymałem informację od kolegów z Politechniki Warszawskiej o śmierci Szefa. Niech szczęśliwie żegluje po Niebieskich Wodach…

Wojciech Nowakowski